Kontakt z redakcją
Zachęcamy do współpracy. Jeśli masz ciekawy tekst i chcesz go u nas opublikować, napisz do nas. Chętnie go przeczytamy i odezwiemy się z odpowiedzią.
Dane z formularza wykorzystujemy wyłącznie do odpowiedzi na Twoją wiadomość.

Ludzie, którzy żyli w czasie pierwszej rewolucji przemysłowej, w większości nie wiedzieli, że w niej uczestniczą – samo określenie upowszechnili historycy dopiero wtedy, gdy zmiany dawno się dokonały. Ten tekst pokazuje, jak zwykle opisuje się kolejne etapy industrializacji, co przemawia za tym, że obecna fala sztucznej inteligencji i automatyzacji jest czymś nowym, co za tym, że to tylko ciąg dalszy cyfryzacji, i jakie prawidłowości z przeszłości pomagają ocenić tę sytuację na trzeźwo.
Pierwsza rewolucja przemysłowa zaczęła się w Wielkiej Brytanii w drugiej połowie XVIII wieku. Jej symbolem jest maszyna parowa, ale równie ważna była mechanizacja przędzenia i tkania oraz przeniesienie pracy z domów i warsztatów do fabryk. Po raz pierwszy źródłem energii dla produkcji na dużą skalę przestały być mięśnie ludzi i zwierząt, woda i wiatr.
Druga rewolucja, przypadająca na przełom XIX i XX wieku, to elektryfikacja, rozwój chemii i stali, telegraf, a potem telefon, wreszcie produkcja masowa na taśmie. To wtedy fabryka zaczęła przypominać tę, którą znamy z podręczników: standaryzowane części, podział pracy na krótkie powtarzalne czynności i produkty tanie na tyle, by kupowały je szerokie grupy ludzi.
Trzecia rewolucja wiąże się z elektroniką i komputerami w drugiej połowie XX wieku: sterowniki programowalne w fabrykach, automatyzacja linii produkcyjnych, a potem komputery osobiste i internet, które przeniosły cyfryzację z hal do biur i domów.
Czwarta, określana jako Przemysł 4.0, to pojęcie spopularyzowane przez niemiecki rządowy program wspierania nowoczesnej produkcji, a szerzej przez Klausa Schwaba, założyciela Światowego Forum Ekonomicznego, który pisał o czwartej rewolucji przemysłowej. Chodzi o połączenie maszyn, czujników i systemów informatycznych w sieć, w której fabryka zbiera dane o sobie samej i częściowo sama się optymalizuje. Jest tu istotna różnica: trzy pierwsze etapy nazwano po fakcie, czwarty ogłoszono, zanim się wydarzył.
Najmocniejszy argument dotyczy rodzaju pracy, której automatyzacja sięga. Poprzednie fale mechanizowały głównie wysiłek fizyczny i czynności powtarzalne, które dało się opisać sztywnymi regułami. Generatywna sztuczna inteligencja zajmuje się tym, co długo uchodziło za domenę ludzi: pisaniem tekstów, tłumaczeniem, streszczaniem dokumentów, tworzeniem kodu, rozpoznawaniem obrazów. Automatyzacja pracy umysłowej na taką skalę nie miała precedensu.
Drugi argument to zbieżność kilku zmian naraz. Robotyka staje się bardziej elastyczna i tańsza, systemy wizyjne pozwalają maszynom działać w mniej uporządkowanym otoczeniu, a równolegle zmienia się energetyka – rośnie udział źródeł odnawialnych i magazynów energii. Historycznie wielkie przełomy często łączyły nową technologię z nowym źródłem lub sposobem dostarczania energii, więc ta zbieżność nie jest bez znaczenia.
Trzeci argument jest bardziej praktyczny: narzędzia oparte na AI trafiły do zwykłych użytkowników niemal od razu, przez przeglądarkę i telefon, bez potrzeby budowania nowej infrastruktury fizycznej. Elektryczność wymagała rozciągnięcia sieci przesyłowych, a tu nośnikiem jest sieć, która już istnieje.
Sceptycy zwracają uwagę, że cała obecna fala stoi na fundamentach trzeciej rewolucji: półprzewodnikach, internecie, centrach danych i chmurze obliczeniowej. Modele językowe to wynik dekad rozwoju informatyki, statystyki i mocy obliczeniowej, a nie zerwanie z nimi. Z tej perspektywy AI jest kolejnym, bardzo efektownym etapem cyfryzacji, podobnie jak internet był etapem rozwoju komputerów.
Drugi zarzut dotyczy samego pojęcia Przemysłu 4.0. Część historyków gospodarki uważa, że liczenie kolejnych rewolucji stało się narzędziem polityki przemysłowej i marketingu, a nie kategorią analityczną. Rewolucja przemysłowa w sensie historycznym oznacza trwałą zmianę tempa wzrostu gospodarki i sposobu życia większości ludzi. Czy to zajdzie tym razem, jeszcze nie wiadomo.
Trzeci zarzut jest prosty: roboty przemysłowe pracują w fabrykach od kilkudziesięciu lat, a automatyzacja biur zaczęła się wraz z pierwszymi arkuszami kalkulacyjnymi i systemami księgowymi. To, co dziś wygląda na nagły skok, jest w dużej części przyspieszeniem procesu, który trwa od dawna i ma dobrze znane ograniczenia.
Ekonomiści Timothy Bresnahan i Manuel Trajtenberg wprowadzili pojęcie technologii ogólnego przeznaczenia (general purpose technologies). Są to wynalazki, które nie usprawniają jednej branży, tylko stają się podstawą dla wielu innych: maszyna parowa, elektryczność, komputer. Mają trzy cechy – są wszechobecne, stale się poprawiają i wywołują falę kolejnych innowacji. Pytanie o obecny moment sprowadza się w dużej mierze do tego, czy sztuczna inteligencja należy do tej grupy.
Druga prawidłowość to opóźnienie. Robert Solow, laureat Nagrody Nobla z ekonomii, zauważył, że erę komputerów widać wszędzie poza statystykami produktywności. To zdanie przeszło do historii jako paradoks produktywności. Wyjaśnienie podsunęła historia elektryfikacji, badana między innymi przez Paula Davida. Fabryki na początku wymieniały jedynie maszynę parową na duży silnik elektryczny i zostawiały resztę bez zmian: ten sam układ hali, te same wały i pasy transmisyjne. Prawdziwy zysk przyszedł dopiero wtedy, gdy każda maszyna dostała własny silnik, a halę zaprojektowano od nowa wokół przepływu pracy. Na to potrzeba było dekad, nowego pokolenia inżynierów i menedżerów.
Trzecia prawidłowość: rewolucje ocenia się z perspektywy czasu. W chwili, gdy technologia się pojawia, trudno odróżnić przełom od mody, a wiele obiecujących wynalazków nie spełniło oczekiwań. Dopiero po latach widać, które zmiany przeorganizowały gospodarkę, a które zostały niszowe.
Każda z poprzednich fal likwidowała całe zawody i tworzyła nowe, choć zwykle nie w tych samych miejscach i nie dla tych samych ludzi. Mechanizacja tkactwa pozbawiła pracy rzemieślników, ale z czasem stworzyła zatrudnienie w fabrykach, transporcie i handlu. Komputery ograniczyły zapotrzebowanie na maszynistki i rachmistrzów, a jednocześnie powstały zawody, których nazwy kilkadziesiąt lat wcześniej nic by nikomu nie mówiły.
Historia uczy też, że przejście bywa bolesne. Zyski z nowej technologii w skali całej gospodarki nie oznaczają, że każda grupa zawodowa na nich korzysta, a okres dostosowania potrafi trwać pokolenie. Prognozy mówiące, ile dokładnie stanowisk zniknie w najbliższych latach, warto traktować ostrożnie, bo w przeszłości takie przewidywania często się myliły, zarówno w stronę paniki, jak i nadmiernego optymizmu. Pewniejsze jest to, że zmienia się zakres zadań w ramach zawodów, zanim zmienią się same zawody.
Z historii płynie wniosek, który studzi zarówno zachwyt, jak i strach: sama technologia rzadko daje przewagę, daje ją dopiero przeprojektowanie pracy wokół niej. Fabryki, które wstawiały silnik elektryczny w miejsce maszyny parowej, zyskiwały niewiele. Te, które zmieniły organizację produkcji, zyskiwały dużo. Tak samo dziś firma, która doda czat z AI do niezmienionych procesów, prawdopodobnie zobaczy mniej, niż się spodziewała.
Czy żyjemy w czasie kolejnej rewolucji przemysłowej, rozstrzygną historycy za kilkadziesiąt lat. Dla decyzji podejmowanych dziś ważniejsze jest to, że wzorzec z przeszłości jest dość czytelny: wygrywają ci, którzy traktują nową technologię jako powód do zmiany sposobu pracy, a nie jako dodatek do starego.